Dziś nie o edukacji, a o aktorstwie

Share on facebook
Share on whatsapp
Share on email

Zapraszam do wywiadu, który przeprowadziła ze mną Ilona Adamska. Dzisiaj nie o edukacji domowej, a o aktorstwie.

„Dla mnie ten zawód nie jest misją, ale chcę go wykonywać najlepiej jak potrafię, nadal się uczyć – po prostu grać” – mówi o aktorstwie Ilona Wrońska. O czym jeszcze opowiada Ilonie Adamskiej, redaktor naczelnej Law Business Quality, wydawcy Szczypty Luksusu?

Ilona Adamska: Skąd pomysł, żeby swoje życie zawodowe związać z aktorstwem? 

Ilona Wrońska: Pomysł narodził się dość niespodziewanie. Po technikum rolniczym nie miałam zamiaru studiować aktorstwa, było to tak odległe od dyplomu, który właśnie otrzymałam, że moje myślenie o tym, co będę robić w przyszłości, na pewno nie sięgało w kierunku tego zawodu. Zastanawiałam się raczej nad tym, czy wybrać agroturystykę, czy może studium pielęgniarskie. Ziarno zasiała moja polonistka Kasia Wach, która zasugerowała, że powinnam się zastanowić nad kierunkiem aktorskim. Być może zobaczyła, że mam predyspozycje do tego zawodu podczas przygotowań do występów z okazji 50-lecia szkoły. Tak naprawdę to pani Kasia tym jednym zdaniem zmieniła w mojej głowie wszystko.

Czy ma Pani swoje sprawdzone sposoby przygotowywania się do roli? Pytam, bo niedawno czytałam świetny wywiad Jakuba Kasprzaka z Jarosławem Gajewskim, który cytując wypowiedzi wielu pani kolegów po fachu, powiedział, że dzisiejszy teatr jest tak różnorodny i nieprzewidywalny, że nie ma sensu obierania jakiejś uniwersalnej strategii. Na pierwszą próbę trzeba przyjść jako tabula rasa. 

Myślę, że każdy aktor, gdy dostaje scenariusz do ręki, ma jakieś wstępne wyobrażenie o postaci, którą będzie grał. Gdy jest ona wyraziście napisana, to zadanie jest prostsze. To wyobrażenie trzeba jeszcze połączyć z wizją reżysera i konwencją, w której będzie grany spektakl. Zawsze dążę do tego, żeby w miarę szybko nauczyć się tekstu, to pozwala odkleić się od niego i nie myśleć o tym, co jest napisane. Moment, kiedy zaczynamy myśleć o tym, co mam zagrać, a nie o tym, co mówię w danym momencie, jest jednym z przyjemniejszych momentów w pracy nad rolą. Poza tym trzeba uwierzyć w intuicję osoby, która cię obsadziła w danej roli – to znaczy, że do niej pasujesz, więc czerp z siebie jak najwięcej. Praca „na sobie”, na swoim organizmie jest wyczerpująca i często po takich próbach czujemy się przemęczeni, zwłaszcza wtedy, kiedy trwają one 2–3 miesiące, a ostatni przedpremierowy tydzień jest istnym szaleństwem. Po premierze jest czas na regenerację i złapanie równowagi, na wyciszenie i spokój. Zawsze tego pilnuję i daję to sobie w ramach rekompensaty za ciężkie miesiące pracy.

Jestem zdania, że aktorstwa nie da się wyuczyć z książek. Czy jednak ukończenie szkoły aktorskiej gwarantuje sukces i wielką karierę w filmie, teatrze? 

Jest wiele takich osób, które nie skończyły szkoły aktorskiej i świetnie sobie radzą w zawodzie, więc jest to możliwe. Oczywiście, że aktorstwa uczysz się, tylko doświadczając, nie ma innej możliwości. Trzeba grać, grać, grać, czasem popełniać błędy, nie zrażać się, być dla siebie wyrozumiałym, pogłaskać się po głowie. Ten zawód potrafi być paskudny – czasami cię uwielbiają i chcą, a innym razem ignorują i zapominają. A później znowu zjawia się ktoś, kto na nowo cię zauważa. Cierpliwość to dobra cecha, którą ja akurat mam.

 

Jak wspomina Pani swoje początki w zawodzie aktora? Co było najtrudniejszego? 

Na 3. roku PWST Wydziału Aktorskiego we Wrocław debiutowałam w Teatrze Polskim rolą Mary Jane w przedstawieniu, które opowiadało o przygodach Hucka Finna. Pamiętam, że byłam bardzo przejęta, ale też szczęśliwa, mogąc stanąć na scenie z profesorami, którzy uczyli mnie wtedy aktorstwa, wiersza, prozy. To był bardzo rozśpiewany spektakl, grali w nim też moi koledzy i koleżanki z roku. Wspaniały czas. A później po studiach dostałam rolę w Teatrze Polskim w Bydgoszczy w spektaklu „Rodzina Wampira” w reżyserii Pawła Szkotaka. To było niesamowite spotkanie, trudne, bo grałam tam Nataszę, dziewczynę, która prawie cały czas jest na scenie, a wypowiada w całej sztuce tylko 4 zdania. To było dla mnie wyzwanie.

Teatr to wyjątkowe spotkanie z ludźmi. Na pewno grze na deskach teatru towarzyszy inna energia niż ta, z którą mamy do czynienia na planie serialu czy filmu. Co jest Pani bliższe i dlaczego? Film czy teatr? 

Teatr, film czy serial to totalnie inne, odrębne gałęzie. W teatrze masz wpływ na to, jak zagrasz danego dnia, żaden spektakl nie jest podobny do drugiego, choćbyśmy go grali 100 razy. Zdarzają się na scenie takie momenty lub takie spektakle, że naprawdę czujemy jedność, że jesteśmy w tym w pełni. To nie jest częste, musi zdarzyć się naprawdę jakiś wyjątkowy dzień, np. nie jesteśmy przemęczeni, pani w sklepie nie popsuła nam humoru, auto odpaliło, w domu wszystko OK. Właśnie te elementy muszą się zgadzać w każdym z nas osobna i wtedy w połączeniu wychodzi coś niesamowitego, radość grania, poczucie, że jesteśmy w tym razem – jesteśmy tymi postaciami. Ostatnio mieliśmy to poczucie – wymiany energii między nami a widownią w spektaklu „Blef” w Teatrze Kamienica. Tego raczej się nie da opisać, to się czuje!

Jeżeli chodzi o serial to praca jest równie ciekawa, używa się trochę innych środków wyrazu, buduje się rolę na bieżąco, ponieważ scenariusze dostajemy z tygodniowym wyprzedzeniem i nie wiemy, co będzie dalej działo się z postacią. Nie mamy też wpływu na to, jaki będzie montaż i który dubel wejdzie do sceny. Ta niewiadoma jest ciekawa i zawsze czekamy, jaki będzie efekt końcowy.

Film natomiast jest zamkniętą formą, więc w budowaniu postaci można coś zaplanować. Przede wszystkim wie się, do czego postać dąży i jaki jest jej koniec. Różnica między serialem a filmem jest taka, że gdy np. postać cierpi, to w serialu cierpi 5 odcinków, a w filmie jedną scenę.

Mówi się, że aktorstwo bardzo się zmieniło na przestrzeni ostatnich 20 lat. Zmienia się przede wszystkim postrzeganie tego, czym w ogóle jest dziś sztuka. Kiedyś ludzie twierdzili, że zawód aktora ma misję. Dziś niestety wiele osób traktuje aktorów mało poważnie, twierdząc, że ich praca należy do łatwych, lekkich i przyjemnych, a całe ich życie polega na bieganiu od imprezy do imprezy, pozowaniu na ściankach i reklamowaniu ubrań od znanych projektantów. Jak jest naprawdę? 

Pewnie to wszystko, co Pani napisała, jest prawdą, ale każdy odnajduje się w tym zawodzie inaczej. Jednym pasują ścianki i imprezy, dla innych to misja, a dla jeszcze innych to po prostu praca, którą się lubi. Wiem, że ten zawód jest wystawiony na wieczną ocenę, ale ja tego nie robię. Każdy ma jakiś powód, wybierając daną ścieżkę. Jesteśmy mało tolerancyjni, zazdrośni i zbyt szybko przyklejamy łatki. Często na „ściankach” stoimy nie dlatego, że tak bardzo to lubimy, tylko dlatego, że jesteśmy zobowiązani umową – promujemy to, co powstało. Dla mnie ten zawód nie jest misją, ale chcę go wykonywać najlepiej jak potrafię, nadal się uczyć – po prostu grać.

Agnieszka Holland w jednym z wywiadów powiedziała: „Seriale muszą być atrakcyjne, bo inaczej nie mają racji bytu. Jeśli nie złapią widza, to ten nie będzie chciał oglądać kolejnego odcinka i producenci zdecydują, żeby nie kontynuować serii”. Widzowie kojarzą Panią z serialem „Na Wspólnej”. Pani męża np. z serialem „Wataha”. Nie ukrywam, że oglądałam obydwa. Z perspektywy aktora: co decyduje o atrakcyjności danego serialu? Seriale bowiem, w których gracie, z pewnością do takich należą. 

Z serialu „Na Wspólnej” odeszłam dwa lata temu, ale spędziłam tam 16 lat. To kawał mojego życia, tam poznałam Lecha, w tym czasie urodziłam dwoje dzieci. To niewątpliwie serial, który dał nam rozpoznawalność. Tym, co decyduje o atrakcyjności tego serialu, to na pewno wątki, poruszane sprawy, które dotykają nas w prawdziwym życiu. Myślę, że scenarzyści wnikliwie podglądają codzienność i wpisują ją do scenariusza. Poza tym myślę, że widzowie przyzwyczaili się przez te już 18 lat do bohaterów i ich losy są im bliskie. 

Jeżeli chodzi o serial „Wataha”, to o atrakcyjności decyduje (nie wypada mi powiedzieć inaczej) główny bohater. Widzowie chętnie też podziwiają piękno Bieszczad i współczują aktorom trudnych zimowych warunków w 20-stopniowym mrozie.

Jak żyje się pod jednym dachem z mężem aktorem? Są małżeństwa, które rywalizują ze sobą o popularność, role, nagrody. Wasza recepta na szczęście i sukces w związku?

Pod naszym dachem jest zrozumienie, wsparcie, równowaga między pracą a domem, te same priorytety i spokój. Walki brak.

Gdyby mogła Pani określić siebie w trzech słowach? 

To najtrudniejsze pytanie. Nadal perfekcjonistka, ale już nie taka jak kilka lat temu, oddana bardziej rodzinie niż pracy, staranna, uparta… A miało być w trzech słowach.

Gdy patrzę na Pani Instagram, widzę piękną, spełnioną, szczęśliwą kobietę, która prowadzi aktywny tryb życia i dużo podróżuje. Co jest Pani największą pasją? Co daje Pani największą frajdę w życiu?

Właśnie to: aktywność – bez ćwiczeń usycham, podróże z rodziną – dalekie i długie, bycie razem. Kiedy jesteśmy rozdzieleni, np. z powodu pracy, zajętości zawodowych, to robimy wszystko, żeby znowu za chwilę być razem. To nas uspokaja, daje szczęście.

Czym dla Pani jest miłość? Ma Pani jej własną definicję?

On nią jest.

Czego życzyłaby Pani naszym Czytelnikom? 

Miłych snów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *